Zbliża się termin składania deklaracji maturalnych. Zostały ostatnie chwile na podjęcie decyzji o tym, jakie przedmioty chcemy zdawać na egzaminie dojrzałości. To kwestia niebagatelna, bo będzie miała potem przełożenie na możliwość rekrutowania się na poszczególne kierunki studiów. W tę decyzję chcą niestety, bezprawnie, ingerować szkoły i straszą uczniów tym, że zablokują im możliwość zdawania matury.

Uczeń nierokujący

Deklarację maturalną wypełnia i podpisuje zdający maturę. To zdający decyduje o tym, czy i z jakich przedmiotów chce zdawać maturę. Tyle prawo. Praktyka jest niestety często odmienna. Dlaczego? Bo szkoły próbują różnymi metodami wywierać wpływać na decyzję uczniów, w szczególności zachęcać ich do rezygnacji ze zdawania niektórych przedmiotów na poziomie rozszerzonym lub w ogóle odwieść ich od podchodzenia do matury.

Skąd szkoły wiedzą, kogo do matury trzeba zniechęcić? To bardzo proste. W listopadzie uczniowie składają wstępne deklaracje maturalne, robi się też oczywiście wywiady środowiskowe. To źródło informacji o tym, co konkretny uczeń będzie zdawał. Za to wyniki próbnych matur (tych oficjalnych, i tych mniej oficjalnych) i opinia nauczyciela o uczniu są źródłem informacji o tym, jak uczeń sobie z zadaniami maturalnymi radzi i czy przypadkiem jego wyniki nie są „niesatysfakcjonujące”. Jeśli są, to jest to sygnał, że trzeba działać.

Pół biedy, jeśli metody perswazyjne szkoły ograniczają się do słownego nakłaniania. To „co najwyżej” nieetyczne, niepedagogiczne, nieładne. Sytuacja staje się o wiele bardziej kontrowersyjna, jeśli szkoła deklaruje uczniowi, że jest w stanie posunąć się nawet do złamania prawa, byle tylko uniemożliwić mu napisanie matury.

„Albo wycofasz deklarację, albo jedynka na koniec roku”

Nie ma w prawie oświatowym takiej instytucji, jak niedopuszczenie ucznia do matury. Natomiast jak najbardziej można osiągnąć skutek w postaci niedopuszczenia ucznia do matury. Wystarczy tylko złamać prawo i naruszyć zasady ustalania ocen. Jak to się robi?

Zgodnie z art. 3 pkt 21 ustawy o systemie oświaty (u.s.o.) egzamin maturalny jest egzaminem przeprowadzanym dla absolwentów posiadających wykształcenie średnie lub wykształcenie średnie branżowe. Żeby móc się takim wykształceniem legitymować, trzeba ukończyć właściwą szkołę. Żeby szkołę ukończyć, nie można w klasie programowo najwyższej uzyskać żadnej oceny niedostatecznej (czyli uzyskać wyłącznie pozytywne końcowe oceny klasyfikacyjne – por. art. 44q ust. 1 pkt 1 u.s.o.). Jeśli na świadectwie pojawi się „jedynka” – no to klops. Trzeba powtarzać klasę (por. art. 44q ust. 4 u.s.o.).

Reszta wydaje się już prosta. Ustalamy uczniowi ocenę niedostateczną z przedmiotu, uczeń jest zmuszony powtarzać klasę, do matury zatem nie podejdzie. Często uczniowie dostają kuszące oferty: są informowani, że otrzymają na koniec roku „jedynkę”, chyba że zrezygnują z matury (lub zdawania konkretnego przedmiotu na poziomie rozszerzonym). Wydaje się, że to wręcz działanie na korzyść uczniów: dostają szansę na ukończenie szkoły „w terminie”, jeśli zrobią małe ustępstwo.

Nie ma w prawie oświatowym takiej instytucji, jak niedopuszczenie ucznia do matury. Ale taki skutek można łatwo osiągnąć. I to jest patologią systemu.

Jeden wielki przekręt

Gdzie tu więc łamanie prawa, można byłoby spytać. Cała rzecz właśnie w tym, że te naruszenia prawa są całkiem subtelne, łatwo je pominąć czy zignorować.

Musimy wyjść od tego, co decyduje o tym, jaką uczeń ma ocenę na świadectwie. Zgodnie z art. 44b ust. 6 pkt 1 u.s.o nauczyciele – w ramach oceniania wewnątrzszkolnego – formułują wymagania edukacyjne niezbędne do otrzymania poszczególnych rocznych ocen klasyfikacyjnych. Otrzymanie konkretnej oceny rocznej uzależnione jest więc od spełnienia przez ucznia sformułowanych wcześniej wymagań na tę ocenę. Całkiem proste.

Nie jest możliwe swobodne dryfowanie ucznia pomiędzy oceną negatywną (niedostateczną) a pozytywną (dopuszczającą i wyższą), uzależnioną od tego, czy uczeń podejdzie do matury (i to, z jakich przedmiotów będzie ją pisał). W żaden sposób nie może determinować to ustalenie oceny. Jeśli tak się dzieje, to mamy do czynienia z łamaniem prawa.

Ustawodawca dostrzegł możliwość wystąpienia tego zjawiska i w art. 44n u.s.o. uregulował procedurę zgłaszania zastrzeżeń w sytuacji, gdy ocena roczna została ustalone niezgodnie z przepisami dotyczącymi trybu ustalanie tej oceny. Procedura jest jednak mało efektywna i niewystarczająca – i wątpliwe, czy uchroni ucznia przed negatywnymi skutkami ustalenia mu oceny niedostatecznej niezgodnie z prawem.

Bo liczy się ranking!

Dlaczego tak się dzieje? Mam swoją hipotezę, że za wszystkim stoją wskaźniki zdawalności matur i nieszczęsne rankingi, o te wskaźniki się opierające. Pogoń za jak najwyższymi wskaźnikami i jak najwyższymi lokatami prowadzi do ogromnej patologii – do sytuacji, gdy nad dobro ucznia przedkłada się błędnie rozumiane dobro szkoły.

Jeśli z matury wyeliminuje się uczniów słabszych, którzy na maturze mogliby osiągnąć niski wynik, albo co gorsza jej nie zdać, to bardzo łatwo będzie potem szczycić się 100% zdawalnością matur. Dla uczciwości jednak należałoby dodać, ilu uczniom uniemożliwiono podejście do matury lub ilu z matury zrezygnowało, byle tylko móc ukończyć szkołę.

Jak uzdrowić tę sytuację? Potrzeba nam zmian w prawie. Po pierwsze: zrezygnować ze wstępnych deklaracji maturalnych. Po drugie: deklaracje ostateczne składać do Okręgowej Komisji Egzaminacyjnej. Szkoła nie powinna znać, tak długo, jak to możliwe, danych osobowych uczniów podchodzących do egzaminu. Po trzecie: olać rankingi. Zadanie to możemy realizować sami. To apel do nas: uczniów i rodziców. Dajmy sobie spokój z tymi wskaźnikami i pokażmy to szkołom. Pytajmy raczej o dobrostan psychiczny uczniów w szkole, o wsparcie w tym zakresie, a nie o to, czy wszyscy zdają maturę.


3 komentarze

Adam · 28 stycznia 2022 o 13:39

Ten apel w pierwszej kolejności trzeba skierować do ministerstwa i organów prowadzących. To od góry idzie parcie na statystyki. Renoma szkoły zależy od zdawalności, więc trudno oczekiwać oddolnych zmian. No i przede wszystkim na problem należy spojrzeć z drugiej strony – uczniowie nierokujący i słabi są przepychani do ostatniej klasy gdzie wreszcie poznają prawdę o sobie – i stawiane jest im ultimatum. Nie w ostatniej klasie jest im obniżana ocena, tylko we wszystkich wcześniejszych była ona podwyższana. To jest prawdziwa patologia. Dzieci są okłamywane co do perspektyw, po co im matura jeśli są niewydolni? Potencjalni murarze i dekarze są przejmowani przez licea, a branżówki stoją puste.

    Renata · 16 lipca 2022 o 16:09

    W takim razie osoby, które nie zdają matury powinny być uwzględnione w średniej jakby jej nie zdały tak by szkole nie opłacało się grozić uczniom, którzy mają słabsze wyniki.

Kasia · 23 września 2022 o 09:20

Jako mama, która właśnie pomagała wybrać córce liceum i obserwuje początek roku szkolnego, jestem zupełnie sfrustrowana. Rekrutacja to jeden temat, ale tu nie o tym mowa. Porównuję obecny system z tym, którego ja doświadczyłam w młodości, i uznaje, że rozszerzenia matur to ZŁO. Spowodowały, że klasy ogólne w zasadzie przestały istnieć, a dzieci w wieku 14/15 lat muszą decydować o swojej przyszłości. Bo nauka innych przedmiotów niż rozszerzone w zasadzie nie istnieje. Bo zmienić profil przy rozszerzeniu jest bardzo trudno. Bo zdać maturę z przedmiotu, którym dziecko się w trakcie czteroletniej nauki zainteresowało, jest bardzo trudno. Bo nauczyciele utrudniają dostęp do matury uczniom, którzy nie mieli rozszerzenia. Taki system na nasze czasy to jakaś porażka.

Dodaj komentarz

Avatar placeholder

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *